XXV Płock Orlen Polish Open – Dzień 2

4 czerwca 2019
Autor:

pikt-tenisRefren nie przeszkadzał
Martin de la Puente wrócił do Płocka z mocnym postanowieniem poprawy. W ubiegłorocznym finale grał, trzeba przyznać, ładniej dla oka, ale wynik nie kłamie – gorzej od Joachima Gerarda. Belg jest dziś czwartym tenisistą świata, więc nie przyjechał bronić tytułu, bo w tym tygodniu jego miejsce jest na Roland Garros. Za to Hiszpan ma wielką ochotę zostać zaledwie 12. mistrzem w 25-letniej historii Płock Orlen Polish Open. Do ćwierćfinału awansował koncertowo. W ogóle już od rana był w znakomitym nastroju. Czas oczekiwania na transport z hotelu na korty skracał sobie – i dość licznej grupie innych tenisistów – słuchając muzyki z przenośnego odtwarzacza. To prawda, że dość głośno, ale melodia była całkiem przyjemna dla ucha, a poza tym czy komuś mógł przeszkadzać refren, w którym najczęściej powtarzało się słowo „corazon”? Trzeba by nie mieć serca ;-) !

I Płock, i Polish

24 tenisistów z całego świata, a los wymyślił sobie, żeby w drugiej rundzie XXV Płock Orlen Polish Open spotkało się nie tylko dwóch Polaków, ale dwóch zawodników SIKT Płock. W tenisie trudno o remis, więc ktoś musiał odpaść. Padło na Piotra Jaroszewskiego, co trudno uznać za niespodziankę. Z Kamilem Fabisiakiem rozegrał tak wiele meczów, że żaden z nich nie pamięta, ile dokładnie. ITF podpowiada, że lepszy bilans pojedynków w turniejach międzynarodowych ma Fabisiak – 7-5, w tym 6-0 od 2014 roku. Jeden musiał ryzykować, więc ryzykował, za co musiał zapłacić błędami.
Drugiemu grał równo i solidnie, a punktów i gemów ciągle mu przybywało. W międzynarodowych mistrzostwach Polski, a nawet Płocka, Fabisiak pokonał Jaroszewskiego 6:3, 6:0.

Tenisistki wracające z piekła

W starożytnym Rzymie gladiatorzy idący na arenę pozdrawiali cesarza. We współczesnym Płocku cesarzami są tenisiści wracający z piekła. Ściślej biorąc – z kortów rozgrzanych jak patelnia. Ktoś wygrał, ktoś musiał przegrać, wszyscy zasłużyli na szacunek. Najdłużej grały dziś Donna Jansen i rozstawiona z numerem 4 Emmanuelle Morch. Przez 170 minut próbowały sobie wyjaśnić, która bardziej zasługuje na awans do półfinału singla kobiet. Zasługiwały obie. Do połowy drugiego seta nic nie zapowiadało maratonu. Holenderka prowadziła 7:6(1), 3:2 i serwowała. Wtedy w jej tenisie coś się zacięło, a Francuzka – gem po gemie – zaczęła odrabiać straty. Wygrała cztery z rzędu i w ten sposób po równo dwóch godzinach gry wyrównała na 1-1 w setach.

Wynik trzeciej partii – 6:1 dla Jansen – wskazuje zwyciężczynię meczu, ale nie mówi nic poza tym. Siedem gemów zajęło tenisistkom (i sędzi…) 42 minuty. Najdłuższy był szósty: sześć równowag, po drodze cztery przewagi returnującej Morch i wreszcie na tablicy wyników piątka zastąpiła czwórkę. Na szóstkę już nie trzeba było czekać tak długo, bo ostatni gem tego pojedynku składał się z sześciu punktów. Zmęczona Francuzka popełniła w nim trzy podwójne błędy, ale oczywiście miała jeszcze dość sił, aby pogratulować Holenderce zwycięstwa. Dodajmy jeszcze, gdyby to kogoś interesowało, że pozostałe trzy ćwierćfinały trwały łącznie 162 minuty.

Autor: Tomgrabal


Tagi: , , ,

Pozostałe newsy w tej kategorii



Wydawnictwa

Wyróżnienia